Oj długo zabierałem się do napisania jakiejś recenzji. Myślałem, że na pierwszy rzut pójdzie najnowsza płyta Luomo — Convivial. Postanowiłem jednak zacząć od korzeni, tj. od pierwszej płyty Luomo — Vocalcity. Tym samym rozpoczynam nową kategorię: recenzje.

Luomo — Vocalcity: przód
Najpierw trochę technicznych informacji. Vocalcity to pierwsza długo grająca płyta Sasu Ripattiego wydana w 2000 roku w wytwórni Force Tracks pod numerem 14. W 2005 pojawiła się reedycja tej płyty już w autorskiej wytwórni Sasu — Huume. Muzycznie nie różni się ona od poprzedniczki. Powód reedycji prosty — skończył się nakład, a ludzie nadal chcieli tej płyty (jak ja). Nie miałem w ręku pierwszej edycji, ale druga jest bardzo uboga, zwykłe opakowanie, żadnej wkładki, tylko zwykła kartka, czuć pewien niedosyt. Ale nie na okładkę zwraca się uwagę, a na treść, a to już inna bajka. Aha, kupię tą płytę w wersji winylowej — jeżeli chcesz sprzedać, daj znać!
Cechą charakterystyczną tej płyty jest to, że nie ma tam krótkich kawałków. Praktycznie każdy trwa dłużej niż 10 minut (sic!). Sasu potrzebował chyba więcej czasu na oddanie tego, co chciał. Broń boże żaden kawałek, będąc tak długim, nie nudzi się. Ciekawe.
Płytę rozpoczyna Market. Już na dzień dobry słyszymy fantastyczny synth, więc zaczyna się dobrze :) Potem już jest tylko lepiej. Przez pierwsze kilka minut widzimy jak się się wszystko rozwija, w tle można usłyszeć oddechy, pomruki, podśpiewywanie. Dopiero krótko przed piątą minutą usłyszymy
There’s nothing in the world that you can do for me.
Następnie otoczy nas, wspaniały, melancholijny śpiew. Proste, piękne. Nie wiem, być może za bardzo jestem zauroczony (kocham?) Sasu. Pod koniec usłyszymy popis rytmiki Sasu.
Class rozpoczyna się już mocniej od Market. Słyszymy wyraźną stopę i werbel, hi-hat pięknie wkomponowany w całość (jak on to robi?!) W tle, nadal podśpiewywanie, tym razem również mężczyznę można usłyszeć! Lekkie synthy dodają smaczku, jednak nie są one tutaj partią dominującą, zdecydowanie przeważa bardzo przyjemny dla ucha bit. Około piątej minuty możemy wychwycić nawet tablę. Szósta minuta owocuje prowadzącym synthem oraz ciekawymi rimshotami (a po polsku?). Nadal słyszymy pogłosy, co daje fantastyczną zamkniętą kompozycję, nic tylko się zachwycać.
Taaak, Synkro. Kto tego nie zna, proszę wyjść.
Because you move, the way you move, I got to keep on moving with you.
Często określany jako najlepszy utwór Sasu. Być może i słusznie. Ciężko mi napisać coś o tym kawałku, boję się tego, że nie jestem w stanie oddać wszystkiego. Najlepiej włączyć na słuchawki, zgasić światło, włączyć powtarzanie i słuchać. Perfekcja w każdym calu, milimetrze nawet. Pamiętam, rok temu, jak grał Sasu w Elektro klubie w Katowicach (Paper Tigers tour), na supporcie zagrano (K.Mill?) ten kawałek, do tego były wizualizacje przedstawiające jak ktoś biegnie, było cudownie.

Luomo — Vocalcity: tył
The Right Wing wita nas przyjemną, lekką stopą i takim samym synthem. Basik ewoluuje przez cały utwór nie pozwalając na znudzenie. Około piątej minuty pojawia się głos kobiecy, raczej pojękiwania, ale co to są za pojękiwania! Wszystko idealnie wpasowane. Między 5. a 6. minutą chwila wytchnienia, zbierz myśli, aby w 6. minucie oddać się ponownie rytmicznej ekstazie. The Right Wing to najdłuższy kawałek z płyty — ma ponad 16 minut! Niektórzy zmieściliby 5 kawałków, ale nie Sasu. On to ciągnąc nas za rękę opowiada, a raczej wykłada nam jak powinna wyglądać muzyka elektroniczna. Od 12 minuty wyciszamy się, słyszymy uspokajający głos kobiecy, ale coś przerażającego również da się odczuć, ciarki przechodzą po plecach. Możemy usłyszeć ambient do którego przyzwyczaił nas Vladislav Delay, ale w psychodelicznej wersji. Gdzieś tam jakby urządzenie mierzące rytm bicia serca, gdzieś telefon. Ale udaje nam się z tego wydostać, słyszymy jakiś śpiew, coś o kobietach, więc wracamy do siebie, jest już dobrze…
Opuszczając ambient wita nas przychodzący i odchodzący bas, ciekawy efekt. Rozpoczyna się Tessio, najbardziej znany utwór Sasu. Na początku bez bitu, słyszymy tylko bas i fantastyczny duet (kto to jest?!). Nieśmiało wchodzi stopa i werbel, potem hi-hat. Tak, teraz czujemy już powoli jak dobry jest to utwór. I najważniejszy tekst tego kawałka:
For me we didn’t go wrong, we just made another song…
I dalej:
Baby it’s OK, we’ll make it better, baby I, I survive without this women in my life!
Idealnie. Cudny kawałek. Wiele osób spiera się która wersja jest lepsza (na płycie The Present Lover również jest kawałek zatytułowany Tessio, jednak aranżacja jest całkiem inna). Ciężko powiedzieć, który jest lepszy, nie podejmę się rozstrzygania tego sporu, pasuję.
Dopływamy już do ostatniego kawałka — She-center. Być może przewrotnym stwierdzeniem będzie, że w tym, ostatnim kawałku poznajemy kunszt Sasu. Bit dosyć często połamany (bardzo to lubię), dużo się dzieje, nawet jak na 10 minutowy utwór. Między 3 a 4 minutą przysłuchaj się hi-hatowi. A później, w połowie 5 minuty sprawdź co się dzieje, bit ucichł, słyszymy miłe dla ucha zgrzyty nie pozwalające na oderwanie się od tych dźwięków, krótka wejściówka pięknego, melanchlijnego głosu i jedziemy dalej! Od około 7 minuty robi sie tłoczno w słuchawkach, mamy koncentrację bitu, synthów, trzasków, chóru, przy czym utwór nic nie traci! Jak on to zrobił? Perfekcja, nic więcej nie można powiedzieć.
Chyba czas na podsumowanie.
Kto choć trochę interesuje się muzyką elektroniczną, a nie słyszał tej płyty, niech się wstydzi i czym prędzej kupuje, warta każdej, dosłownie każdej złotóweczki wydanej na nią. Cudna płyta, którą każdy powinien mieć w swojej kolekcji. Jeżeli jej nie masz, rzuć okiem na sklep Plays.pl — mają bardzo dobre ceny (tam kupuję swoje płyty, polecam). Vocalcity uważana jest za najlepszą płytę Luomo. Wkładasz ją do odtwarzacza i przenosisz się do innej krainy, gdzie wszystko jest idealne, nie ma problemów, a dźwięki są najlepsze jakie człowiek może wydobyć. Płyta ta uważana jest przeze mnie za najlepszą płytę jaką do tej pory miałem okazję usłyszeć, jestem pod jej wrażeniem.
Może jeszcze kilka słów na temat tła powstawania tej płyty. W tamtym okresie (przypominam — 2000 rok), Sasu miał problemy z narkotykami. Sam mówi, że czasem zastanawiał się, czy jest w stanie robić muzykę bez narkotyków. Trzeba mieć na uwadze, że płyta ta w dużej mierze (jeżeli nie cała) powstała na haju. Na szczęście Sasu podziękował narkotykom, a fantastyczną muzykę nadal mógł robić, czego przykładem może być jego następna płyta: Present Lover, o której napiszę w następnej recenzji.
Lista utworów:
- Market (11:59)
- Class (12:31)
- Synkro (13:59)
- The Right Wing (16:08)
- Tessio (12:07)
- She-Center (9:56)
3 Comments
nareszie zabral sie pan za bloga:) rimshoty i tabla rządzą;D z tym kocham? Sasu niezbyt zrozumialam, czyzby jakies wyznanie?:P
Wyznanie jak najbardziej! Od wielu lat, niezmiennie na pierwszym miejscu.
słucham vocalcity od drugiego miesiąca jej pierwszego wydania, ta płyta zmieniła moją osobę, pokazała że w życiu można robić rzeczy piękne bez etykiet !!! tego nie da się określić słowami ponieważ dźwięki są świadectwem geniuszu młodego umysłu który doświadczył muzyki “zamkniętej”( mam na myśli berliński minimal dub z lat 90, którym zachwycił się Sasu ) mocno transowej , on ją przekonwertował swoją osobą w coś otwartego na świat ale ten z baśni z dzieciństwa, mimo mocnego wewnętrznego transu w jaki wprowadza !! płyta jak i twórca: Genious among others!
pm@vitrobud.pl